Destiny
Przekładałam kolejną kartkę, ucząc się materiału na jutrzejszy sprawdzian z biologii. Był koniec listopada, a za oknem padało. Czas dłużył się w nieskończoność, nie wiedziałam jak się oderwać od tej nauki, bo uwierzcie mi zrobiłabym wszystko.
Chciałam,
żeby z tej okropnej nudy wyrwał mnie mój chłopak Dius, ale
najwidoczniej nie interesowała go moja osoba. Chociaż i tak go
bardzo kochałam.
Dius
to mój chłopak. Jestem z nim ponad pół roku. Ostatnio zaczęło
nam się coś nie układać, ale myślę, że to jest chwilowe. Chyba
każdy związek ma swoje kryzysy nie?
Wzdychałam
dość głośno, bo nie chciałam się uczyć, to była jakaś kara,
chociaż jeszcze nie wiem za co to.
Nagle
dostałam sms. Ucieszyłam się. Zdawało mi się że to mój książę
na białym koniu mnie uratował i mogłam się oderwać od tej
przeklętej biologii.
Chwyciłam
szybko za mojego czarnego I-Phona i ujrzałam na ekranie : "Wiadomość
: Dius".
Moje kąciki ust uniosły się do góry. Była wręcz szczęśliwa.
Szybko
odblokowałam telefon wpisując mój tajny kod, żeby nikt inny prócz
mnie nie dostał się do mojego telefonu. Za bardzo cenie dyskrecje.
To
co ujrzałam było ostatnio rzeczą jaką bym chciała teraz
przeczytać. Nie
mogłam uwierzyć w to co widzę, to było niemożliwe
Wiesz
co Destiny, ostatnio nad tym wszystkim myślałem a w szczególność
nad naszym związkiem i myślę, że to nie ma totalnego sensu.
Najlepiej zapomnijmy o sobie, nie odpisuj na tego sms i nie zrozum
mnie źle, nie miałem innego wyboru.
W
moich oczach czułam jak powoli napływa woda, zwana również łzami.
To był dla mnie cios. Patrzałam tak w ekran telefonu przez 15 minut
i nie wierzyłam. "Co
u licha jest?" Myślałam
ciągle. Nie wiedziałam co jest grane. Przecież to że przechodzimy
chwilowy kryzys nie musi oznaczać końca związku. Boże z jakim ja
idiotą się zadałam.
Po
moich policzkach zaczęły spływać łzy, jedna po drugiej. Świat
tak jakby się dla mnie w tym momencie skończył. Wiedziałam, że
już nigdy nie będę w stanie pokochać kogoś takiego jak Dius. On
był dla mnie wspaniały, nie dało się tego opisać.
Napięcie
w moim ciele, które coraz bardziej buzowało, powoli dawało o sobie
znać, dlatego postanowiłam wyjść. Ubrałam pierwsze z brzegu
spodnie dresowe, do tego grubą bluzę z kapturem i do tego moje air
force. Założyłam kaptur i schowałam telefon z słuchawkami,
patrząc przy okazji która była godzina. Była 21, a na
dworze było bardzo ciemno. Wybiegłam z pokoju i spojrzałam na
mojego brata o mniej młodszego.
-Tim,
proszę cię, nie mów nic mamię, że wyszłam-poprosiłam go wręcz
błagalnie, a on tylko skinął głową twierdząco i pobiegłam to
wyjścia
Podbiegłam
szybko do windy i czekałam, aż wjedzie na moje piętro. Trochę to
potrwało, ale w końcu się doczekałam. Weszłam do niej klikając
na parte i zaczęłam się przeglądać w lustrze, które znajdowało
się w windzie. Wyglądałam okropnie. Czerwone oczy, smutny wyraz
twarzy, ale nie byłam w stanie zostać ani minuty dłużej, nie
wiedziałam co ze sobą zrobić, nie chciałam, żeby moja mama
wiedziała o tym.
Po
dłuższej chwili zjechałam na piętro i wyszłam z budynku w którym
mieszkałam, a mieszkałam w samym centrum Manhattanu. Jedną wadą
tego jest duże ruchy, głośno i niebezpieczeństwo.
Miałam
w głowie mętlik. Nie wiedziałam co zrobić. "Może
przeszłabym się do Diusa i spytała się go o co mu naprawdę
chodzi?" Takie
myśli chodziły po mojej głowie, chociaż po chwili wybijałam je
sobie z głowy.
Włożyłam
słuchawki do uszów i wsłuchiwałam się w tekst piosenki, myśląc
przy okazji co było powodem tego, że Dius zerwał ze mną.
Przez
przypadek włączyła się moja i Diu piosenka, rozpłakałam się,
wycierając łzy o mokry rękaw od deszczu.
Szłam
chyba jedyna bez parasolki na co ludzi się na mnie dziwnie patrzyli.
Przecież to nic strasznego, rozumiem gdybym miała coś na twarzy,
ale to tylko brak parasolki.
Szłam
ulicą i przyglądałam się ludziom siedzących w
kawiarniach, restauracjach i sklepach. Nic nie było by w
tym dziwnego, gdyby nie to że z jeden z kawiarń zauważyłam Diusa
z jakąś lafiryndą. To jeszcze bardziej mnie zabolało i może
powinnam wejść do środka i zrobić mu awanturę, ale już nie była
w stanie. Pobiegłam gdzieś przez siebie cała zapłakana.
Znajdując
się na jakieś ulicy przestałam biec i oparłam się o jakąś
ścianę i zsunęłam się po niej jak ten deszcz. Schowałam swoją
twarz w moich niewielkich dłoniach i zaczęłam znowu płakać.
Nie
zauważyłam kiedy przyszedł jakieś facet. Podszedł do mnie i tak
jakbyśmy się znali od 20 lat powiedział
-Hej
kochanie, co się stało?-mówił bardzo ochrypłym głosem, jakby od
picia
-Nic
i nie mów do mnie tak-warknęłam
Zdałam
sobie sprawę że powinnam już wrócić do domu, bo moja mama może
się zorientować że mnie nie ma. Gdy chciałam wyminąć chłopaka,
ten zastawił mi drogę i nie mogłam przejść.
-Hej!-krzyknęłam
bardzo podirytowana -Co ty do cholery robisz?
-Mmm
w sumie to lubię takie niegrzeczne i pyskate, podobasz mi się
laleczko-nagle wyjął coś z kieszeni-Możesz mi teraz oddać
wszystko co masz-przyłożył jakąś metalową rzecz do mojego
policzka, po chwili się zorientowałam że to jest nóż
-A-a-a
ale ja nic nie mam przy sobie-jąkałam się zawsze gdy się bałam
-Oj
kochanie, to nic się nie stało, możesz mi to wynagrodzić w
naturze- naglę jego ostre narzędzie skierowało się do mojego
biustu
-Zostaw
mnie, nic ci nie będę wynagradzać-powiedziałam to pewnie i
popchnęłam go, żeby w końcu mnie puścił
-Nie
zadzieraj ze mną mała, bo chyba nie chciałabyś mieć okaleczonej
twarzy-skierował nóż na mój policzek
Słyszałam
jak on głośno oddycha, robił to w taki obrzydliwy sposób, a ja
tylko głośno przełykałam ślinę i powoli wiedziałam że to był
zły dzień, jeszcze miał się skończyć moją śmiercią.
Jego
ręce zaczęły mnie powoli macać, a on zaczął wydobywać z siebie
obrzydliwe dźwięki i spał mi do ucha, na co ja się krzywiłam.
Dla mnie w tamtej chwili nie było ratunku. Już miał włożyć rękę
w moje spodnie, a ja zamknęłam oczy i mocno zacisnęłam szczękę,
gdy nagle usłyszałam, że ktoś upada na ziemie. Otworzyłam oczy.
Zauważyłam że ten obrzydliwy facet leży. Nie wiedziałam jak to
się stało, ale po chwili zauważyłam drugą, ciemną sylwetkę
jakiegoś chłopaka. Krzyknął do mnie tylko : "Chodź,
szybko uciekamy stąd!" Posłuchałam
się go i pobiegłam za nim. On mnie zaprowadził do jakieś
uliczki.
Szybko
oddychałam, gdyż miałam astmę. Spojrzałam na chłopaka, który
właśnie przed chwilą mnie uratował. Był to wysoki brunet, o
czekoladowych oczach, dobrze zbudowany. To światło z latarni, które
na niego padało, robiło go jeszcze bardziej seksowny. "Ale
hej! Wypadało by podziękować" -
pomyślałam
-Kim
jesteś? Dlaczego mnie uratowałeś?-spytałam, bo nie wiedziałam
dlaczego to w ogóle zrobił, przecież nikogo też tam nie było to
jak on nagle się znalazł
-A
może zwykłe dziękuję, a nie zadawanie milion
pytań-odpowiedział zarozumiale
-Dziękuje-powiedziałam
ciszej, gdyż łapałam oddech-Ale jak to ty się tam znalazłeś?
Przecież tam nikogo nie było i nagle ty tam, już, obaliłeś go
jednym ciosem.
On
się tylko do mnie uśmiechnął i nic nie odpowiedział. Odwrócił
się i miał zamiar odejść, ale ja nie chciałam, chciałam chociaż
wiedzieć ja ma na imię.
-Hej!
-zawołałam go- Może mi powiesz chociaż imię?
-Justin-odwrócił
się i się uśmiechnął
"Dzięki
wielkie Justin"- szepnęłam
to do siebie, ale stop! Gdzie ja jestem? Pobiegłam tam gdzie Justin
skręcił i zauważyłam jego sylwetkę. Zawołałam
-Justin!-odwrócił
się momentalnie-A mógłbyś mnie chociaż stąd wyprowadzić? Bo
nie wiem gdzie się znajduję, nie wiem jak trafić do
domu-momentalnie zmienił kierunek i podszedł do mnie
Szłam
za nim i nie spuszczałam go z oka, nie chciałam, go znowu gdzieś
zgubić. Szliśmy tak bez słowa, ale w końcu ja postanowiłam
przerwać ciszę.
-Możesz
mi do cholery powiedzieć chociaż to gdzie się znajdujemy?-Spytałam
ze złością
-Spokojnie
słoneczko, jesteś na Brooklynie-odpowiedział ze spokojem, a ja
wpadałam w zaniepokojenie-To pozwól mi teraz zadać pytanie-odparł
i nawet na mnie nie spojrzał tymi jego pięknymi czekoladowymi
oczami-Jak się tu znalazłaś? O tej porze, w tak niebezpiecznej
ulicy?-w jego głosie czuć było troskę
-Ja-ja-ja
po prostu musiałam się przejść, sama nie wiem jak tu trafiłam,
po prostu zerwał ze mną chłopak, później zobaczyłam go w
kawiarni z jakąś inną laską i tak tutaj się znalazłam-mówiłam
bardzo szybko, a on nagle na mnie spojrzał i wpadł tak jakby w
zaniepokojenie
-Jezu
co ci się stało w twarz?-zapytał i przetarł mój policzek- To
pewnie ten sukinsyn Ci to zrobił, trzeba to natychmiast przedrzeć,
chodź do mnie opatrzę Ci to
Nie
byłam pewna czy coś mi się stało, ale czułam ból na policzku,
jeszcze jak chłopak to potwierdził, wiedziałam że ranę mam jak w
banku.
-Wiesz
co, rozumiem, że chcesz być miły, ale ja muszę wracać do domu,
żeby moja mama nie wiedziała, że w ogóle wymknęłam się z domu.
Skinął
głową i wyprowadził mnie do głównej ulicy Manhattanu, stamtąd
już wiedziałam jak wrócić do domu. Zauważyłam, że chłopak
ciągle za mną idzie, chociaż nie musiał.
-Wiesz
co Justin możesz już iść, naprawdę już dalej sobie
poradzę.-powiedziałam to, a on się obrócił na pięcie i poszedł,
bez żadnego pożegnania ani nic.
"Dziwny
był, taki oschły, pewny siebie, ale uratował mi życię i za to
będę mu wdzięczna do końca życia"-pomyślałam,
i weszłam schodami ewakuacyjnymi, które znajdowały się na
zewnątrz budynku. Miałam tylko nadzieje, że mama się nie
zorientowała.
--------------------------------------------
Dzisiaj tak trochę krótki, ale następnym razem się postaram o dłuższy, a jak wam się podoba? Zostawiajcie po sobie komentarze, będzie mi bardzo miło :)
Dzisiaj tak trochę krótki, ale następnym razem się postaram o dłuższy, a jak wam się podoba? Zostawiajcie po sobie komentarze, będzie mi bardzo miło :)